Artykuły

Pulsujący świat

. . Opublikowano w Nowa wizja uzdrawiania. Odsłony: 691

Za oknem ciepły wiosenny wieczór. Ostatnie promienie słońca podświetlają krzaki biało kwitnącego bzu. Delikatny wietrzyk porusza nieśmiało gałązkami brzozy.
Cisza.
Ocean spokoju i dostojeństwa Matki Natury.

„Wchodzę” w siebie. Obserwuję nieskończone bogactwo odczuć na różnych poziomach mego istnienia.
To mój świat.
Docieram do Ciszy.
Błogi spokój leniwie wypełnia mnie centymetr po centymetrze.
Roztapiam się w nim.
Trwam.
Z podróży w głąb wyciąga mnie aromat kwiatów bzu i szczebiot ptasiego towarzystwa.
Staram się nie przeszkadzać Ciszy obserwując jedynie jej trwanie w zamanifestowanym świecie. Bogactwo kipiącego Życia, pragnącego jak najpełniej wyrazić siebie.
Czyż to nie jest cud?

Wczoraj „odeszła” moja pacjentka. Pamiętam dzień, gdy rozpoznałam u niej chorobę nowotworową. Walczyła dzielnie przez 6 lat, ale zawierzyła tylko wiedzy „innych”, tych, którzy mieli „wiedzieć”. Nie chciała zrozumieć, że wiedza dotycząca jej powrotu do zdrowia jest daleko szersza, niż to, co na dzień dzisiejszy oferuje medycyna.
Zwyciężył strach przed „nieznanym”.
Przed ostatnią operacją przyszła do mnie. Miała przerzuty. Przez 3 tygodnie dzielnie pracowałyśmy na wielu poziomach ludzkiego funkcjonowania. W 5 dobie po kolejnej operacji wróciła do domu. Przez jakiś czas po zabiegu czuła się dobrze.
Gasła wolno.
Odwiedziłam ją miesiąc temu. Była bardzo słaba. Słuchałyśmy muzyki, rozmawiałyśmy. W pewnym momencie zauważyłam wśród jej płytoteki znaną mi buddyjską mantrę. Jeden ruch na klawiaturze pilota i z głośników popłynął harmonijny dźwięk.
Ożywiła się nieco.
Co jeszcze powinnam była zrobić? – zapytała mnie.
Dlaczego?...
Rozpłakała się.

Zgasła wczoraj.
Niewiedza i niechęć do zmiany znowu zebrały swoje żniwo.
Noc spędziłam w głębokiej Ciszy. Zastanawiałam się jak wiele cierpienia musi dotknąć człowieka w jego życiowej podróży, by mógł otworzyć się na warunkującą powrót do zdrowia zmianę siebie i swojego stosunku do otaczającego go świata. Z mojego doświadczenia wiem, że to bardzo trudne, wymagające samodyscypliny, pracy i cierpliwości zadanie, ale efekty są więcej niż zachęcające. Jeśli cechy osobowości wykształcone w procesie życia, a co za tym idzie sposób percepcji rzeczywistości prowadzą nasze życie w ramiona chorób, czy nie warto powalczyć o lepszy „kawałek tortu” w postaci poczucia dobrostanu psychofizycznego?
Ufam, że jest wielu ludzi, którzy znajdują się w korzystniejszej zdrowotnie sytuacji niż moja pacjentka, a ich otwartość na pracę ze sobą przyniesie realną poprawę nie tylko stanu zdrowia, ale również zmieni ich życiowe doświadczenie na bardziej satysfakcjonujące.
O tym jednakże każdy musi zadecydować sam.
W moim świecie taka przemiana przyniosła wiele radości i poczucia spełnienia, więc zachęcam gorąco.

Pozdrawiam
Teresa Maria Zalewska