Artykuły

Przybycie statku

. . Opublikowano w Prorok. Odsłony: 457

Almustafa wybrany i ukochany, w pełni rozkwitu swego życia, czekał dwanaście lat w mieście Orfalez na statek, który miał powrócić aby go zabrać na rodzinną wyspę. I dwunastego roku, siódmego dnia miesiąca zbiorów Ielool, wspiął się na wzgórze miejskie, spojrzał w morze i ujrzał swój statek zbliżający się pośród mgły. Wtedy bramy jego serca otworzyły się na oścież, a jego radość wzleciała wysoko ponad morze. Zamknąwszy oczy modlił się w cichości swej duszy.

Jednak gdy schodził ze wzgórza, nawiedził go smutek i w jego sercu zrodziło się pytanie: Jakże mógłbym odejść w pokoju i bez żalu? Nie potrafię opuścić tego miasta nie raniąc swej duszy.
Wiele bolesnych dni spędziłem w jego murach i długie były samotne noce; a komu nie żal własnego bólu i samotności?
Zbyt wiele okruchów mej duszy zostawiłem na tych ulicach i zbyt wiele dzieci mej tęsknoty przechadza się bezbronnych wśród tych wzgórz, i nie zdołam ich pozostawić tu bez żalu i bólu.
To nie ubranie, które zdejmuję wieczorem, lecz skóra, którą rozdzieram własnymi rękami.
Ani myśl, którą zostawiam za sobą, lecz serce, sycone głodem i pragnieniem.

Nie mogę jednak zwlekać dłużej.
Morze, które przyzywa do siebie wszystko, przyzywa także mnie i muszę odpłynąć
Gdyż pozostać, mimo żaru, który spala mnie nocami, to jakby zamarznąć i zamienić się w kryształ, i zamknąć się w skorupie.
Z radością zabrałbym ze sobą wszystko. Ale jakże mógłbym?
Głos nie niesie ze sobą języka i ust, które go uskrzydliły. Sam musi wzbić się w powietrze.
Tak jak samotnie, bez swego gniazda, orzeł wzlatuje do słońca.

A gdy zszedł ze wzgórza, odwrócił się znów ku morzu i spostrzegł, że statek zbliża się do portu, a na dziobie stoją marynarze, jego współziomkowie.
I całą duszą zapragnął znaleźć się pośród nich, i zawołał:
Synowie mojej starej ziemi - matki, jeźdźcy fal,
tak często żeglowaliście w moich snach. A teraz pojawiacie się w chwili przebudzenia, która zdaje się być jeszcze głębszym snem.
Jestem gotów odpłynąć a rozpięte żagle tego pragnienia oczekują wiatru.
Jeszcze raz tylko odetchnę tym spokojnym powietrzem, jeszcze raz spojrzę wstecz.
A później chciałbym stanąć wśród was jak żeglarz pośród żeglarzy.
A ty potężne morze, matko czuwająca,
która jesteś pokojem i wolnością rzek i strumieni -
- ten strumień raz jeszcze zniknie za zakrętem, raz jeszcze zaszumi
i rozpłynie się w tobie jak bezkresna kropla w bezkresnym przestworzu.

Odchodząc dostrzegł w oddali mężczyzn i kobiety; opuszczali pola i winnice spiesząc w kierunku bram miasta.
I słyszał ich głosy wołające go po imieniu, i krzyki niosące się po polach, że przybył jego statek.

I zapytał sam siebie:
Czy dzień rozstania okaże się dniem zrozumienia? I czyż mój zmierzch nie jest tak naprawdę moim świtem?
Co mogę dać temu, który w połowie bruzdy przerwał orkę lub temu, który zatrzymał prasę w swej winnicy?
Czy moje serce będzie jak drzewo pełne owoców, które mogę zebrać, by im podarować?
I czy moje pragnienia winny być jak zdrój, który napełni ich czary?
Czy jestem harfą, której mogą dotykać dłonie Najjaśniejszego lub fletem, przez który płynie Jego oddech?
Jestem poszukiwaczem ciszy lecz czy mogę rozdawać z ufnością wszystkie skarby, które w niej znalazłem?
Jeśli to dzień zbiorów, w jakiej ziemi zasiałem ziarno i w jakiej zapomnianej porze roku?
Jeśli zaiste jest to godzina, w której uniosę swą latarnię, przecież nie mój płomień palić się w niej winien.
Pusty i ciemny wznieść mam latarnię, a Strażnik Nocy winien ją napełnić i rozpalić.

Te słowa wypowiedział. Lecz wiele w jego sercu pozostało niewypowiedziane, gdyż nie był w stanie wyrazić swej najgłębszej tajemnicy.
I gdy wszedł do miasta, wszyscy ludzie przyszli, by go spotkać i wypłakiwali mu się jakby jednym głosem.
A najstarsi wyszli do przodu, aby rzec:
Nie oddalaj się od nas!
Byłeś jak księżycowy przypływ w naszym zmierzchaniu a twoja młodość pozwoliła rozmarzyć się naszym marzeniom.
Nie jesteś obcym wśród nas, ani gościem, lecz synem naszym ukochanym ponad wszystko.
Nie daj cierpieć naszym oczom tęsknoty za twoją twarzą.

A kapłanie i kapłanki rzekli do niego:
Nie pozwól falom morskim teraz nas rozdzielić, a latom, które spędziłeś wśród nas stać się wspomnieniem.
Natchnąłeś nas wszystkich duszą a twój cień był światłem na naszych twarzach.
Bardzo cię kochaliśmy. Lecz milcząca była nasza miłość i ukryta za zasłonami.
A teraz w głos płacze do ciebie i stoi otwarcie przed tobą.
A zawsze tak jest, że miłość nie zna swej głębi aż do momentu rozstania.

Pozostali podeszli także i błagali go. Lecz on nie odpowiadał. Schylił jedynie głowę i ci, stojący najbliżej widzieli łzy spływające na jego pierś.
Powoli przeszli wszyscy na wielki plac przed świątynią.

I wyszła z sanktuarium kobieta zwana Almitrą. A była ona jasnowidzącą.
Spojrzał na nią z najwyższą czułością, gdyż to ona pierwsza go ujrzała i uwierzyła w niego, gdy tylko co przybył do ich miasta.
I zatrzymała go mówiąc:

Proroku Boga, poszukując tego, co najważniejsze, długo wypatrywałeś swego statku.
Przybył wreszcie i musisz odpłynąć.
Głęboka jest twoja tęsknota za krajem twoich wspomnień, za miejscem, w którym ukryłeś swe najskrytsze pragnienia, a nasza miłość nie przywiąże cię, ani nie zatrzyma cię nasza potrzeba.
Zanim jednak nas opuścisz przemów do nas i przekaż nam swoją prawdę.
A my przekażemy ją naszym dzieciom, a one swoim dzieciom, tak by nie zaginęła.
W swej samotności patrzyłeś na dni nasze, a w swym czuwaniu na płacz i śmiech w naszych snach.
Ukaż więc nam nas samych i powiedz tak jak to ujrzały twoje oczy, o wszystkim, co zawiera się między narodzinami a śmiercią.

A on odpowiedział:
Mieszkańcy Orfalezu, o czymże mam mówić, by wyrazić to, co porusza wasze dusze?

Khalil Gibran, Prorok - fragmenty